W tzw. branży technologicznej i okolicach nasycenie języka anglicyzmami jest na poziomie zdecydowanie powyżej przeciętnej. Wynika to przede wszystkim z tego, że mamy do czynienia ze zjawiskami o ogromnej zmienności, a tempo ich adaptowania przez użytkowników i specjalistów w Polsce skłania ku pójściu na łatwiznę i posługiwania się nazewnictwem angielskim.

Dodatkowo technologie wchodzą na rynek i schodzą z niego tak szybko, że nazewnictwo inne niż angielskie nie zdąży się upowszechnić przed zmierzchem danej innowacji. Czasami kurczowe trzymanie się języka polskiego powoduje rozpaczliwe próby i potworki językowe „Płyta CD” i pokrewne. Do legendy przeszły próby przetłumaczenia przez czytelników nazwy gazety „CD Action” na polski. Przykłady z marketingu, technologi i okolic można mnożyć: Insight, Brief, hosting, link, account planning…

A jak powinniśmy mówić o sprzedaży produktów i usług przez Internet?

Mamy tutaj sporo terminów, które odpowiadają za to samo.

Wpisałem poszczególne hasła w Google aby się przekonać. Wyniki poniżej:

E-commerce 790.000.000
Handel internetowy 1,800,000
Handel Elektroniczny 459.000
eCommerce 100.000.000
E-handel 19.900.000
Ekomers 4.600
E-komers 274.000

Werdyktem Google`a wygrywa e-commerce, które deklasuje konkurencję. Co ciekawe na podium, obok „ecommerce” znalazł się również polski e-handel. Czy Google może być uznawane za eksperta w tej kwestii? Nie jestem pewien, więc zapytałem prof. Jana Miodka z Uniwersytetu Wrocławskiego, twórcę programów takich jak  „Ojczyzna polszczyzna” , „Słownik polsko@polski” czy „Profesor Miodek odpowiada”.

Opowiadam się za wariantem e-commerce (w piśmie), odczytywanym „e-komers„. – odpisał profesor dość lakonicznie. Zagadka rozwiązana wspólnym werdyktem Google i Profesora Miodka. Wygląda na to, że trzeba będzie wdrożyć nowy, jednolity standard językowy w firmie.